Zmierzamy ku ociepleniu rzędu 4 stopni Celsjusza. Tak wskazuje symulator wzrostu temperatury firmowany przez prestiżowe amerykańskie prestiżowe ośrodki analityczne i uniwersyteckie. Co to dla nas oznacza?Sustainability Institute, Ventana Systems oraz Massachusetts Institute of Technology przygotowały narzędzie pod nazwą The Climate Scoreboard. Symulator szacuje wzrost globalnej temperatury do końca naszego wieku na podstawie deklaracji redukcji emisji złożonych w ramach porozumienia klimatycznego zawartego w Kopenhadze, a zwanego Copenhagen Accord.

Czy to dobre narzędzie?

Nienajgorsze, skoro jego wynikami posłużyła się administracja amerykańska, senator John Kerry, Europejska Agencja Ochrony Środowiska oraz szereg negocjatorów porozumienia klimatycznego. Symulator był wzmiankowany w Guardianie, Newsweeku, Nature, czy Washington Post.

Symulator uwzględnia wszystkie deklaracje złożone do tej pory, zarówno przez kraje rozwinięte, jak i rozwijające się. W chwili obecnej pełną parą zmierzamy ku ociepleniu rzędu niemalże 4 stopni C do końca tego wieku (w stosunku do okresu przedprzemysłowego).

Przypomnijmy, że wg klimatologów próg graniczny to 2 stopnie C. Jeżeli temperatura globalna wzrośnie bardziej – trudniej będzie zarządzać tym nieuchronnym i trwałym kryzysem klimatycznym. Pojawią się sprzężenia zwrotne – takie, jak uwalnianie metanu spod topniejącej wiecznej zmarzliny, co jeszcze zagęści koc gazów cieplarnianych w ziemskiej atmosferze.

No cóż, skoro pełną parą zmierzamy ku wzrostowi rzędu 4 stopni C, należy się zastanowić, co to może dla nas, Ziemian, oznaczać.

Kompleksową prognozę wykonało Centrum Hadleya – brytyjskie biuro meteorologiczne i jeden z najważniejszych ośrodków badań nad klimatem. Interaktywna mapa wskazuje, jaki wpływ na poszczególne regiony globu będzie miał ów wzrost temperatury o 4 stopie Celsjusza. Mapa opiera się na najświeższych wynikach badań naukowych, poddanych procesowi recenzji przez niezależnych ekspertów. Dociekliwi tutaj znajdą opis metodologii.

Mapa skupia się na wpływie zmian klimatu na człowieka (pomijając tak istotne „subtelności”, jak ekosystemy).

Widzimy tutaj, że skutki nie będą jednolite w skali globu. Oceany nagrzewają się wolniej, niż lądy, a północ globu (szczególnie Arktyka) – bardziej niż południe. Czy w związku z tym Polska może liczyć na taryfę ulgową? W stosunku do Afryki, Azji pd-wsch, czy nawet Hiszpanii, nasza sytuacja nie będzie dramatyczna. Nie oznacza to, że będzie dobra.

Sceptyczni wobec ochrony klimatu stwierdzą: „no i dobrze, nareszcie wygrzejemy kości”. Niestety wzrost temperatur i u nas przejawi się daleko idącą zmianą w rolnictwie, turystyce, nawet infrastrukturze (nowe mosty, drogi czy systemy kanalizacyjne powinny być odporne na wysokie temperatury, wichury i gwałtowne oberwania chmury).

No dobrze, co więc prognozuje Centrum Hadleya?

Obieg węgla w przyrodzie

Na przestrzeni XX w. lasy i oceany pochłonęły 50-60% wyemitowanego przez człowieka CO2, co częściowo zamortyzowało klimatyczny kłopot. Zmiany klimatu mogą zmniejszyć możliwości absorpcyjne lasów i oceanów, co sprawi, że więcej z wyemitowanego CO2 pozostanie w powietrzu. Przy wzroście globalnej temperatury o 4 stopnie C, nawet 70% CO2 pozostanie w powietrzu. Im później zabierzemy się za ograniczanie emisji, tym trudniej będzie ustabilizować ilość CO2 w atmosferze.

Wzrost temperatury

Wzrośnie ilość dni ekstremalnie upalnych. Wpłynie to na dostęp do wody, produktywność rolnictwa, zagrożenie pożarem, topnienie lodowców oraz wiecznej zmarzliny. Zaszkodzi ekonomii. Wzrośnie liczba zgonów – nawet jeżeli uwzględnimy aklimatyzację, adaptację i spadek liczby zgonów spowodowanych zimnem. Przypomnijmy, że w 2003 r. fale upałów w Europie przyniosły 35 tys. zgonów.

Zauważmy, że zgodnie z poniższą mapą, 4 stopnie globalnie w Polsce może oznaczać nawet 6 do 8 stopni.

Dostęp do wody pitnej

4 stopnie to nie cztery kubki wody mniej. To potężny problem z dostępem do wody pitnej. Zasoby wody mogą zmniejszyć się nawet o 70% w stosunku do dzisiejszych poziomów w basenie Morza Śródziemnego, Azji środkowej i na dużych połaciach Ameryki pn i pd.

Tak, będą miejsca, gdzie przepływy wody w rzekach się zwiększą – np. północna Rosja, czy Skandynawia. Nie oznacza to jednak, że tą wodę można będzie wykorzystać. Istotnym źródłem wody są opady. W niskich temperaturach przybierają formę śniegu i lodu. Wiosną są uwalniane do rzek, zasilając je na suchą porę. Co się dzieje, kiedy zimą temperatury są dodatnie? Pada deszcz, woda się nie magazynuje, ale szybko, jeszcze zimą, umyka rzeką. Co więcej, zbyt obfity strumień tej dodatkowej wody może stać się przyczyną powodzi.

Z podobnym mechanizmem utraty „magazynów wody” mamy do czynienia w miejscach, gdzie zasoby wody pitnej pochodzą przede wszystkim z lodowców górskich – choćby na płaskowyżu tybetańskim. Topnienie lodowców oznacza, że mniej wody jest co roku magazynowane tam, na górze, by spłynąć na dół, do siedzib ludzkich w porze ciepłej.

Na poniższym wykresie widać, gdzie problem braku wody będzie najbardziej – no właśnie – palący. To Środkowy Wschód, Azja Środkowa, basen Morza Śródziemnego, Ameryka środkowa i północna oraz południowa i zachodnia Afryka. Już i tak „zestresowana” Polska (i teraz susze potrafią solidnie obniżyć plony) zostanie poddana jeszcze większemu stresowi wodnemu. Zasoby wodne w Polsce mogą spaść nawet o 30-40%.

Rolnictwo

Stwierdziliśmy już, że klimatyczne tarapaty będą się przejawiać z różną intensywnością. W Mozambiku będzie gorzej, niż u nas. Może to dalej pogłębiać przepaść pomiędzy warunkami życia w krajach rozwijających się i rozwiniętych. Co z żywnością? Krucho. Głód zajrzy w oczy dodatkowym 10-20% ludzi, głównie w rejonie Afryki Subsaharyjskiej, południowej Azji i Ameryki środkowej. W 2050 r. nawet 24 mln dzieci może być niedożywionych.


Wzrost poziomu mórz i oceanów

Z czego bierze się wzrost poziomu mórz i oceanów? Po pierwsze – cieplejsza woda morska ulega ekspansji termalnej, czyli zwiększa swoją objętość pod wpływem temperatury. Po drugie – wody mórz i oceanów zasila topniejący lód lądowy.

Nisko położone tereny nadmorskie (w tym polskie wybrzeże) będą narażone na zalanie i utratę terenu. Jako, że te tereny są częstokroć gęsto zaludnione, z rozbudowaną infrastrukturą oraz żyznymi glebami, skutki będą poważne. Obecnie ok. 600 mln ludzi w skali globu ludzi żyje mniej niż 10 metrów nad poziomem morza. Najgęściej jest w południowej i wschodniej Azji i to tam inwazja słonej wody (taka, jak w Bangladeszu) poczyni największe spustoszenia. Również małe wyspy narażone będą na zalanie i utratę terenu oraz gleb. To nie tylko utrata pryczy do spania, źródeł pożywienia i cmentarzy przodków. To również zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa. Gdzie wyruszą ci wszyscy ludzie, kiedy morze zabierze im domy? Może do nas? A przecież u nas też nie będzie panowała atmosfera pikniku. W samym basenie Morza Bałtyckiego 350-475 tys. osób rocznie będzie dodatkowo narażone na zalanie wodami morskimi.

Lasy Amazonii

Będzie padać mniej, albo bardziej. Ta nieco montypajtonowska konstatacja kryje dylemat modeli klimatycznych, które symulują zmiany w niezwykle skomplikowanym i jeszcze nie do końca poznanym systemie klimatycznym. Modele uznane przez klimatologów z Hadley Center za najbardziej wiarygodne wskazują na spadek ilości opadów. I tak zielone płuca świata mogą dostać zadyszki. Zniknąć mogą duże połacie lasów tropikalnych – czy to z powodu długotrwałej suszy, czy też nasilonych pożarów.

No właśnie, pożary lasów.

Na poniższym grafie na czerwono oznaczono te regiony globu, w których pożary ulegną istotnemu nasileniu. Jak widać zagrożenie obejmuje duży szmat południowej Europy (pamiętamy przecież dramatyczne pożary w Grecji w zeszłym roku!). Nie posłuży to ani unijnej gospodarce, ani bioróżnorodności. Zapewne znowu będą ginąć ludzie.

Dość już uderzania w żałobne tony – tak twierdzą psychologowie, którzy diagnozują mechanizm wyparcia informacji zbyt trudnych i przerażających. Ja również twierdzę, że nie ma co się bać. Czas zabrać się do roboty. Powinniśmy się przecież przygotować na to, co nieuniknione. Będzie cieplej. U nas też. Również w miejscu, gdzie stoi moje biurko. I tam, gdzie Ty, Czytelniku, czytasz ten tekst.


Fot: