Redukcje emisji wymagają dobrze utkanej polityki, uwzględniającej interesy wrażliwych sektorów. Warto jednak rozbroić te informacyjne miny, które niepotrzebnie podgrzewają atmosferę wokół unowocześniania energetyki. Bo tym w gruncie jest redukowanie emisji. Niedawna seria strajków i fala samobójstw przyniosła w Chinach wzrost płac o 20%.

Wall Street Journal podaje, że przeciętne zarobki w Chinach wzrosły do 1.84 USD za godzinę. To 18-krotny wzrost w stosunku do początku rewolucji przemysłowej w 1978 (10 centów).

No i co z tego?

Wskoczmy na pole przepychanek o redukcje gazów cieplarnianych. Rozprawia się teraz przy brukselskich stolikach (przy okropnych brukselskich bagietkach) o detalach nowej polityki energetyczno-klimatycznej UE. Jednym z elementów rozgrywki jest tzw. carbon leackage (wyciek emisji). Wyciec nam może przemysł zużywający dużo energii (cementownie, huty). Przeniesie się niecnota poza UE w poszukiwaniu emisyjnego eldorado, gdzie produkuje się taniej i bez obostrzeń. Np. do Chin, czy na Ukrainę.

Co więcej, nasz przemysł obawia się nieuczciwej przewagi konkurencyjnej ze strony chińskich producentów, którzy nie będą zmuszeni płacić za swoje emisje. Dlatego domaga się osłon wszelakich.

Redukcje emisji wymagają dobrze utkanej polityki, uwzględniającej interesy wrażliwych sektorów. Warto jednak rozbroić te informacyjne miny, które niepotrzebnie podgrzewają atmosferę wokół unowocześniania energetyki. Bo tym w gruncie jest redukowanie emisji.

Ucieczka nad Dniepr i Żółtą Rzekę?

Z analiz wynika, że przyczyną ucieczki przemysłu poza granice Unii Europejskiej wcale nie było twarde prawodawstwo w zakresie ochrony środowiska, ale koszty pracy. Jeżeli więc nasz przemysł wyniesie się na Ukrainę, to dlatego, że Daniło jest tańszy, niż Tomasz…

Co ciekawe, praktyka rynkowa wskazuje, że producenci przestają eksportować produkcję (i miejsca pracy), kiedy koszty płac osiągają połowę tych w domu. Dlaczego? Bo ta połowa nie jest warta zarządzania siłą roboczą o innej kulturze i języku, czy kosztów transportu, ceł, ryzyka politycznego i ryzyka przerwania dostaw.

A co z tą konkurencyjnością?

Czy chińscy producenci są groźni dla polskich cemenciarzy? Twarde dane wskazują, że import z Chin stanowi zaledwie ułamek importu stali, cementu, czy aluminium w UE. Duża część energochłonnych produktów Europa sprowadza z innych krajów rozwiniętych, które mają (lub które wkrótce przyjmą) regulacje klimatyczne – Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, czy Japonia.

Nie oznacza to, że problem przenoszenia produkcji na Ukrainę czy Białoruś nie istnieje. Można go jednak zażegnać, poprzez rozdanie darmowych uprawnień przemysłom energochłonnym (co się stanie) i nałożenie ceł dostosowawczych (co się dyskutuje).

Swoją drogą, sytuacja w Chinach rozwija się ciekawie. Umocnienie juana (prognozuje się, że to trwała tendencja) i rosnące koszty osobowe gniotą chińskich przedsiębiorców. Ostatnie strajki min. w fabryce Hondy, mogą rozlać się falą po całych Chinach, jeszcze bardziej windując płace. Przy takim tempie wzrostu zarobki w Chinach osiągną poziom połowy niemieckiej płacy minimalnej (ok.10 USD/h) już za kilka lat. Wg Caixin (chińskiego portalu ekonomicznego) wyższa wycena ludzkiej pracy nie wynika tylko ze strajków, ale też ze zmiany samego rynku. Już nie ma nadpodaży pracowników. Może nawet dojść do niedoboru siły roboczej.

Sytuacja chińskich producentów nie jest prosta. Kierat podatkowy jest przepotężny, a w przeciągu ostatnich lat uzależnienie od eksportu na cienko kwilące rynki Stanów i Europy wycięło z rynku niejedno przedsiębiorstwo.

Nie, nie otwierajmy szampana. Chiny mają pole manewru. Już teraz komunistyczni dygnitarze ślą sygnały o cięciu podatków dla przedsiębiorców. Na jakiś czas utrzyma to wysoki wzrost gospodarczy i przewagę konkurencyjną Chin. Takiego manewru nie ma Unia Europejska, która będzie przez najbliższe lata łatać dziurę w budżecie po ratunku dla „Świnek” (PIGS – Portugalia, Włochy, Grecja i Hiszpania).


Pierwsze zdjęcie: flickr.