O konferencji klimatycznej ONZ w Kopenhadze, w grudniu br. mówi się w polskich mediach niewiele. Skupieni na Putinach na Westerplatte i fantomach tarcz antyrakietowych, dziennikarze traktują negocjacje w sprawie zmian klimatu jako kolejną nudną, skomplikowaną i abstrakcyjną grę dyplomatyczną.
Tymczasem stoimy przed najtrudniejszym wyzwaniem politycznym w historii ludzkości. Rezultaty konferencji nie tylko będą miały fundamentalne znaczenie dla klimatu, ale też wyznaczą nowe ramy dla niskoemisyjnego rozwoju.

Silny głos nauki, wskazujący na konieczność powstrzymania wzrostu temperatury na poziomie 2ºC (i na konieczność redukcji globalnych emisji nawet o 40% do roku 2020 w stosunku do roku 1990), wybrzmiewa w pragmatycznych ramach rzeczywistości ekonomicznej (kto za to zapłaci?) i politycznej. Inaczej więc postęp negocjacji oceniają naukowcy i organizacje pozarządowe (wskazując na inercję i brak ambicji), inaczej ekonomiści (upatrując w porozumieniu zagrożenia dla wzrostu gospodarczego lub też wręcz przeciwnie – poszukując nowych możliwości inwestycyjnych). Inaczej wreszcie patrzą na to negocjatorzy i politycy, okrągłymi słowami pokrywając fiasko kolejnych rozmów i uporczywie trzymając karty przy sobie w oczekiwaniu, co powiedzą inni.

Cały ten sztafaż sprawia, że rytuał negocjacyjny toczy się powoli jak góra lodowa, oddalając nas od szansy na pełne, zawierające konkretne zobowiązania, porozumienie w Kopenhadze. Dlaczego potrzebujemy go w Kopenhadze? W roku 2012 wygasa Protokół z Kioto. Z uwagi na długotrwałe procesy ratyfikacji takich umów istnieje ryzyko powstania „redukcyjnej dziury”, kiedy to każdy będzie mógł emitować bez opamiętania.

Tymczasem po latach bezproduktywnych dyskusji kredyt zaufania pomiędzy krajami
rozwiniętymi i rozwijającymi się został poważnie nadwerężony. Główni gracze procesu okopali się na swoich pozycjach i podejrzliwie łypią sponad swoich niezbyt zachęcających deklaracji.
USA za sprawa Obamy z pompą powróciły co procesu. Co z tego, skoro sam Obama bez wsparcia Kongresu nie jest w stanie podjąć żadnych zobowiązań. A Kongres powoleńku i opornie pracuje nad odpowiednią wewnętrzną ustawą klimatyczną. Kanada i Australia nadal chowają się za plecami USA, obawiając się o konkurencyjność gospodarki, podejrzliwie popatrując na Chiny i licząc każdy grosik, który przekażą krajom rozwijającym się na adaptację do nieuniknionych zmian klimatu.

Po drugiej stronie negocjacyjnej barykady mamy Chiny, które – mimo, że są największym emitentem gazów cieplarnianych na świecie – wzbraniają się przed podjęciem twardych zobowiązań redukcyjnych. Chiny przynajmniej deklarują pewne działania wewnętrzne, Indie natomiast stoją na nieprzejednanej pozycji, że hinduski naród ma prawo do nieskrępowanego rozwoju, a ciężar łagodzenia zmian klimatu powinien spocząć na barkach krajów uprzemysłowionych.

Ciekawą pozycję zajmuje UE (a z nią Polska, bo Unia mówi w ramach procesu jednym głosem) – wychodzi przed szereg państw rozwiniętych, składając stosunkowo ambitne deklaracje (20-30% redukcji to wciąż za mało, ale znacznie więcej, niż rachityczne 4% dyskutowane w amerykańskim Kongresie!).

Konferencja w Kopenhadze niewątpliwie będzie obfitować w silne emocje. Oby, mimo wszystko, pozytywne. Szanse na sukces porozumienia będziemy diagnozować w kolejnych artykułach.