W poprzednim artykule na naszej stronie przedstawiliśmy krótką analizę dotyczącą opłacalności wydobycia gazu łupkowego w naszym kraju. Dziś zapraszamy do zapoznania się ze świadectwami uczestników protestu przeciw działaniom firmy Chevron na Zamojszczyźnie.

3 czerwca 2013 roku o 6 rano wynajęci przez globalną korporację pracownicy dwóch lokalnych firm, Praktibud i BSI Ochrona, wjeżdżają na działki wydzierżawione przez Chevron we wsi Żurawlów na Zamojszczyźnie. Chcą je ogrodzić, postawić kontener socjalny, generator prądu i maszty oświetleniowe. Prace nadzorują przedstawiciele energetycznego giganta. Godzina 6.30 – na miejscu pojawiają się pierwsi mieszkańcy Żurawlowa sprzeciwiający się inwestycji. Atmosfera gęstnieje. Mieszkańcy wiedzą, co oznaczają te prace – to początek budowy odwiertu służącego do wydobycia gazu łupkowego. Kilkanaście minut później przy wydzierżawionej działce są już prawie wszyscy z okolicy: ponad 150 osób!

Przyjeżdża policja, a po godzinie wójt gminy. Wśród ochroniarzy jest kamerzysta – jakby po to, by dokumentować spodziewany opór. Pośród krzyków i kłótni słychać głos wójta, który oświadcza: „Chevron nie ma pozwoleń, aby cokolwiek tu budować, bo to działki rolne.” Przedstawiciele Chevronu w rozmowie z wójtem plączą się: „Chcemy tylko postawić płot, chcemy tylko postawić magazyn, chcemy tylko…” Rolnicy i rolniczki decydują: „blokujemy” i zajmują poletko prowadzące do działki Chevronu. W poprzek drogi stawiają olbrzymie traktory, podnośniki i przyczepy. Tak rozpoczyna się jedna z dłuższych w powojennej Polsce blokada. Trwała 15 miesięcy i zakończyła się się zwycięstwem lokalnej społeczności nad globalną korporacją.

Fragmenty świadectw uczestników protestu Occupy Chevron w Żurawlowie

W marcu, bez przyzwolenia, bezkarnie, bez żadnych dokumentów wjechali w nocy na wieś, kiedy jeszcze wszyscy spali i zaczęli pracować. Zresztą osiemdziesiąt kilometrów dalej robili inny odwiert, utwardzili dwa hektary pola. Postawili trzydziestometrową wieżę i ogrodzenie bez żadnych dokumentów, bez żadnych pozwoleń, bez niczego. Wójt kazał im się wycofać. Wycofali się na chwilę i później wrócili, mówiąc, że oni robią tylko ogrodzenie. Sprytnie, bo trudniej kogoś wygnać zza płotu, łatwiej kogoś nie wpuścić niż go wyprosić.
(…)
6 czerwca przyjechaliśmy wszyscy, myśleliśmy, że to potrwa jeden, góra dwa dni, ale trwało to bardzo długo. Aby osłabić protest, stwarzano etaty dla mieszkańców z okolicznych domów, zatrudniano ich np. do ochrony [mienia Chevronu]. Dawali na remont kościoła, wyszukiwali biedne rodziny, którym dawali, nazwijmy to prezenty, aby pokazać, że pomagają biednym, a jak nie dawali, to przynajmniej obiecywali, że dadzą. W szkole zrobili nową sale komputerową i tak to działało, przekupywali samorządy, obiecując im stanowiska w Chevronie. Daleko sięgały te macki, były przypadki, gdzie załatwiano prace w wojsku, a to nie jest takie łatwe dostać się do wojska do pracy. Takiemu tu, co z nami mocno krzyczał i protestował, coś załatwili i się uciszył, tak to załatwiali. Nawet sobie nie zdajesz sprawy z tego, co oni robili, a niektórym ludziom niewiele trzeba, ludzie są biedni.
Wiesław Gryn, rolnik z Żurawlowa

(…) Następnego dnia zebraliśmy się znowu dużą grupą. Pojechaliśmy do tego wójta i mówimy, że niech ten wójt nam w końcu wyjaśni sytuację z tą koncesją. Wójt wtedy już napisał do ministerstwa środowiska i przyszła mu odpowiedź faksem. Wójt staje i czyta ludziom, że firma Chevron ma koncesję. Pierwsze słowo to jest to, że ma koncesję. A dopiero potem rozwija temat, na co ma koncesję. Ludzie nie wiedząc, co to znaczy “badania 3D” ani czym się różnią od odwiertu próbnego, stwierdzają, że firma Chevron ma koncesję. Nie rozumieją, że to jest jakiś podział. Zaczęliśmy wtedy od razu mówić do tego wójta, że wójt wprowadza ludzi w błąd. Ale wójt nic z tym nie robił. “Nieprawda, koncesję mają? Mają, pisze wyraźnie”, no i już. I wtedy ludzie z Miączyna jakby się powycofywali z tego blokowania. Myśmy odpuścili na kilka dni i za kilka dni się okazało, że to my mamy problem, bo mamy ich u nas. To był 3 czerwca 2013 roku.
Małgorzata Jabłońska, rolniczka z Żurawlowa, żona sołtysa

Pierwszy ten tydzień, kiedy ludzie byli tak strasznie zdesperowani, przychodzili do mnie i mówili tak: pani Basiu, my w nocy przywiążemy linę do tego samochodu i ich wyciągniemy, damy radę, my nawet traktora nie musimy podłączać. A jak ich wyciągniemy z pola na drogę, to już ich nie wpuścimy i sprawa się skończy. A ja mówię: spokojnie, załatwimy to pokojowo, bo po naszej stronie jest prawda. A jak zaczniemy działać tak, to będą mieli argumenty, żeby nas zdyskredytować. No i później, jak zaczęły przyjeżdżać media… Bukowska zawsze na koniec puentowała wszystkie nasze wypowiedzi, które były skracane do bólu, że oni działają zgodnie z prawem, mają wszystkie dokumenty. Natomiast Minister Środowiska powiedział, że my jesteśmy niedoinformowani i dlatego tam stoimy…

A my żeśmy się po prostu zorientowali, że… tak ten rząd jest uwikłany z tymi korporacjami w ten gaz łupkowy, że media, które poniekąd też są finansowane przez korporacje, uwikłane są w różne zależności i od tych różnych urzędów… nie wiem… sama właściwie nie wiem od czego… że nie chcą przekazywać tej informacji prawdziwej. Dowiedzieliśmy się, że był taki dziennikarz… Gaca, który pisał dla Tygodnika  Zamojskiego. Jak on o nas zaczął pisać, po prostu zerwali z nim umowę.

Dużo artykułów w różnych redakcjach leży do dziś w szufladach. W „Czarno na białym” pojawił się program Siekielskiego, w którym powiedział, że na 52 odwierty wszystkie są wadliwe. I to był jego ostatni program. Ludzie, którzy tworzyli te programy, mówili o nas, byli zwalniani. Więc dla nas była to informacja, że media są w jakiś sposób w to wszystko uwikłane i nikomu nie będzie zależało, aby pokazać prawdę.
Barbara Siegieńczuk, w Żurawlowie postawiła domek letniskowy, od roku mieszka tam na stałe

Myśmy taką szkołę życia przeszli, żeśmy się dowiedzieli w tym całym proteście, jak te nasze władze rządzą wkoło. Tu się nikt nikim nie interesuje. Tu nikt nad niczym nie panuje. To się dzieje w Polsce samoistnie. Kto chce, przychodzi i co chce, to robi. Nikt nas nie reprezentuje jako mieszkańców. Oni nas tylko potrzebują do tego, jak jest głosowanie do parlamentu. A tak, nikt prawie… Ten, co się przyznawał do tego przed wyborami – głosujcie na mnie, ja będę waszym głosem wszędzie. Każdy wypiął tyłek, dosłownie – od władzy najwyższej do tej najniższej. Ten, który miał znajomości z posłem, też to samo. On dzisiaj mówi „o, tak, tak, dobrze żeście robili”. A gdzie ty byłeś wcześniej? Czemuś ty nie pojechał do tego kolegi posła, nie wytłumaczył? Przecież mieliśmy nagranie o rolnikach, o nas. Przecież to przez nasze głosy, on dzięki nam tam wszedł. I to jest najbardziej takie denerwujące, że ci ludzie po prostu zapomnieli o tym, kogo reprezentują. Tak wszędzie jest, gdzie duży biznes. To się nie panuje nad tym.
Emil Jabłoński, sołtys Żurawlowa

Ja teraz wiem, kto tak naprawdę rządzi, wcześniej myślałem, że to może Tusk rządzi, że parlament nasz rządzi, a to jest nieprawda. Przyjechałem do sejmu i w naszym polskim narodowym sejmie, byłem umówiony z posłami z komisji rolnictwa i wyobrażałem sobie, że to powinno być tak, że jesteśmy my, są oni i rozwiązujemy problem, tak powinno być. My tam przyszliśmy, a tam po drugiej stronie siedzieli ludzie z Chevronu. Szczęki mi opadły. To oni zadawali pytania, a my mieliśmy wyznaczone dwie minuty na odpowiedź, oni mieli czas nieokreślony na swoje wypowiedzi. Dzisiaj zupełnie inaczej bym się zachował, wtedy jeszcze mi się wydawało, że idę do polskiego sejmu, że obowiązuje mnie etykieta, stosowny ubiór, że trzeba się zachowywać, a tam jest dziko, my mamy po dwie minuty, a tamci mają głos do oporu. Zadają mi pytania i ja mogę odpowiedzieć tylko tak lub nie, i pytają się mnie, czy ja dla pieniędzy to robię. Jedziesz tam w napięciu w nerwach, a on ci takie pytanie strzela i nie możesz wydukać słowa z nerwów.
Wiesław Gryn, Rolnik z Żurawlowa
 
Źródło: Kolektyw Wspólna Sprawa (occupychevron.tumblr.com)

Fot. occupychevron.tumblr.com