Marcin Mizgalski jest jednym z najbardziej znanych prosumentów w Polsce. Po pierwsze, jest jedną z pierwszych osób w Polsce, które posiadają instalację fotowoltaiczną na trackerach. Po drugie, w swoim ogrodzie ma aż dwa duże trackery, każdy złożony z 30 paneli. Po trzecie, aktywnie działa na rzecz prosumentów w Polsce i stało się o nim głośno za sprawą naliczanych mu rachunków za energię przez PGE, podczas gdy on oddawał ją do sieci, a nie pobierał. Po czwarte, w pewnym sensie został prosumentem z miłości.

trackery marcina mizgalskiego

Mieliśmy okazję porozmawiać z Marcinem podczas tegorocznego Przystanku Woodstock. W tym roku częścią festiwalu była EkoWioska Greenpeace w całości zasilana energią ze słońca. Energia ta pochodziła z paneli fotowoltaicznych umieszczonych na obrotowym trackerze, który pomagał postawić Marcin. Ich instalacja trwała 2 dni. W cieniu instalacji udało nam się zamienić kilka słów.

Na pytanie o to, jak to wszystko się zaczęło, Marcin opowiedział, jak zaczął zmieniać rzeczywistość wokół siebie na taką, jaką chcieli widzieć ze swoją żoną, zamiast narzekać. Zaczęło się od dzieci i bezpiecznej dla nich okolicy. Marcin przekonywał Panią Wójt w swojej gminie oraz Starostę, zarządcę lokalnej drogi, że trzeba uspokoić ruch wokół szkoły, postawić więcej latarni itp. Podwarszawskie gminy prężnie się rozwijają i wkrótce zaczęto planować w Chotomowie rozbudowę szkoły.

Jak zaangażowałeś się w budowę szkoły?

Okazało się, że potrafię pisać wnioski o dofinansowanie do UE. Nigdy się tego nie spodziewałem. Unia zaś znacznie chętniej daje pieniądze ludziom, którzy są obdarzeni społeczną potrzebą zmieniania rzeczywistości. W dużym skrócie poszedłem do gminy, w której mieszkam i nagle się okazało, że biuro architektoniczne zaprojektowało budynek, którego zużycie prądu wynosiło 450 W/m2/rok. Trudno sobie wyobrazić co to tak naprawdę oznacza, ale przy 5000 m2 ogrzewanie i wentylacja budynku kosztowałoby gminę między 1,1-1,2 mln zł rocznie. My sobie nie zdajemy z tego sprawy ale w większości przypadków te szkoły tyle kosztują. To są bardzo energochłonne budynki. Jestem tylko zwykłym mieszkańcem, więc mogło mnie to kompletnie nie interesować. Jednak przyszło mi do głowy, że ja wiem ile mój dom konsumuje energii i zużycie w szkole wydawało mi się nieprawdopodobnie duże. Nie wynikało to ani z powierzchni szkoły, ani z ilości osób. Wraz z kolegą inżynierem i doktorem z Politechniki Warszawskiej wymieniliśmy wszystko. Od izolacji, przez wentylację, systemy ogrzewania, pokrycie dachowe itd.

Jakie były oszczędności?

Budynek będzie konsumował już od września mniej niż 60W/m2/rok. Rocznie wszystkie koszty związane z ogrzewaniem i wentylacją szkoły powinny się zmieścić w kwocie 80-90 tys. zł. Mieszkam w gminie, której roczne przychody są na poziomie ok 55 mln zł, więc nie jest to biedna gmina i może wydawać 1 mln zł na ogrzewanie szkoły co roku. Ale jeśli dobre przeprojektowanie szkoły może oznaczać takie oszczędności, to czemu nie? Za milion rocznie jesteśmy w stanie postawić 3, albo 4 mieszkania komunalne. Szkoła w pierwotnej wersji miała kosztować 15 mln zł. Po zmianie wszystkiego kosztorys powykonawczy zamknął się w nieco ponad 17,5 mln zł. Ale 4,5 mln zł dostaliśmy z dotacji z WFOŚiGW za wypełnienie norm środowiskowych. Napisaliśmy wniosek do programu Lemur. A więc de facto obniżyliśmy koszt budowy i jednocześnie zostały obniżone koszty eksploatacyjne.

Co jeszcze postanowiłeś zmienić wokół siebie?

W mojej miejscowości borykamy się z brakiem kanalizacji. Na obszarze niskozurbanizowanym nie ma możliwości wybudowania kanalizacji tak, żeby była ekonomicznie uzasadniona. To znaczy, żeby przyłącze kanalizacyjne nie kosztowało tyle, co samochód. Więc powiedziałem kiedyś sąsiadom: słuchajcie, rocznie każdy z Was musi się spotkać z 20 razy z wozem asenizacyjnym. Jeden wywóz szamba kosztuje 220-250 zł (w okolicach Warszawy). Czyli rocznie każdy dom wydaje na wywóz nieczystości ok. 5 tys. zł. Niby to nie tak wiele, ale na mojej ulicy jest 10 domów, a 50 tys. zł to już duża kwota. Założyliśmy własną oczyszczalnię. Oczywiście sąsiedzi nie chcieli tego mieć w swoim ogródku. A ponieważ ja byłem prowodyrem, to zgodziłem się. Cała oczyszczalnia mieści się pod ziemią. Widać tylko lekko wystającą kopułkę pokrywy. Oczyszczamy ścieki do drugiej klasy czystości, czyli jest to woda podobna do tej w mazurskich jeziorach.

A co z chemikaliami, odchodami, resztkami?

Cała magia oczyszczalni polega na osadzie czynnym. To są bakterie, które wymagają pewnego reżimu. Nie możemy na przykład odkamieniać kranu najbardziej agresywną chemią i dopóki my tych bakterii nie wybijemy, to one zjedzą wszystko. Ten osad kupuje się w lokalnej oczyszczalni ścieków. Oczyszczalnia kosztowała 10 tys. zł łącznie z pracami ziemnymi. Najtrudniejsze było przekonanie sąsiadów do przekopania swojego podwórka. Bo jak się domyślacie, każdy taki domek pod Warszawą ma wypielęgnowane trawniczki, kosteczki itd,. a tu czas na koparkę i rycie.

Wracając do szkoły…

Będzie to duże wydarzenie, bo będzie to pierwszy w Polsce budynek użyteczności publicznej o charakterze budynku pasywnego. Wszyscy się mnie pytają, co my, mieszkańcy będą z tego mieli i czy robimy to tak bezinteresownie. A ja mówię, że jak najbardziej interesownie – za 2 lata moje dzieci pójdą do tej szkoły, a ja będę miał spokój od gadania z moją żoną o tym, czy na Florydzie jest lepiej czy nie.

Jak doszedłeś do pomysłu zostania prosumentem?

Następnym w kolejności kosztem, który był dla mnie i mojej żony finansowo zauważalny był prąd elektryczny. Dlatego pojawił się pomysł OZE. Trackery pierwszy raz widziałem na zdjęciach. To są zwykłe panele fotowoltaiczne, tylko na konstrukcji, która optymalizuje ich działanie. Ona po prostu wie gdzie jest słońce i się za nim obraca. Na początku wydawało mi się to niemożliwe, aby mieć tego typu instalację u siebie na działce. Moja żona nie była tym zachwycona, ale zaryzykowałem. Postawiłem dwa trackery w ogródku. Nawet teraz, podczas naszej rozmowy na Woodstock, mogę zdalnie monitorować pracę tych instalacji na tablecie. Takie oprogramowanie można kupić w zestawie razem z inwerterami. Teraz jest u mnie w domu chyba jakieś zachmurzenie, bo produkcja jest mała, ale nawet teraz dom zużywa 400W, a cały czas jest nadwyżka 900W, którą oddaję do sieci. A zbliżamy się do zachodu słońca. Typowa nadwyżka jest taka, że produkuję 10kW, a w domu zużywam może 1kW. Czyli 90% energii oddaję do sieci. Skąd się wzięły trackery? Po prostu policzyłem co mnie w domu ile kosztuje i co można z tym zrobić. Padło na trackery.

Jaka była Twoja motywacja?

Dziś jesteśmy w wiosce Greenpeace, zaprzyjaźniliśmy się i pracujemy razem. Ale punkt wyjścia wcale nie był taki sam. Ludzie z Greenpeace mają cele szersze, a ja jestem małym, drobnym kapitalistą, który sobie wymyślił, że będzie oszczędzał pieniądze. I dla mnie cała dyskusja o ekologii pojawia się na samym końcu. Bo szukając rozwiązań, które są ekonomicznie uzasadnione, okazuje się, że za każdym razem dochodzę do takich, które finalnie są ekologiczne. No bo przecież nie postawię sobie dużego agregatu, żeby z ropy naftowej produkować prąd. W lecie mam olbrzymią nadwyżkę energii. Zimą niestety nie wystarczy całkowicie na zapotrzebowania domu dlatego, że dom jest ogrzewany za pomocą pompy ciepła, a to oznacza zużycie energii elektrycznej. Wszystko wynika z naszych nawyków. Ja jestem amatorem kąpieli. Później się połapałem, że moje nawyki są dla mnie zauważalne finansowo. Więc 15 lat temu kupiłem zwykłe kolektory do podgrzewania wody użytkowej. Zamontowałem je na dachu. Część sąsiadów do tej pory myśli, że są to okna na strychu, a część udało mi się też do tego zachęcić. To się po prostu opłaca.

Ludzie opowiadają niestworzone historie, że to się nigdy nie zwróci.

Ostatnio to policzyłem. 90% ludzi, którzy opowiadają te historie, to osoby, które nigdy takich rzeczy nawet nie dotykały. Bez dotacji z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska instalacja dla rodziny 2+2 kosztuje 12-15 tys. zł łącznie z robocizną. Przy takiej ilości energii, jaka jest potrzebna do kąpieli dla całej rodziny, to się zwraca według mojego excela w ciągu 4 do 5 lat. Przez kilkanaście lat pracowałem na rynku finansowym i mogę spokojnie powiedzieć, że nie ma i nie będzie już nigdy w Polsce produktu finansowego, który by dawał taką stopę zwrotu. 15 tys. zł w 5 lat oznacza, że stopa zwrotu jest 20% w dużym uproszczeniu! Dziś najwyżej oprocentowane lokaty są na poziomie 3,5-4%, z czego po roku odjąć trzeba podatek Belki. Czyli realnie jest to lokata na ok. 3%. A ile wyniosła inflacja za 2013? 2,5%! Czyli de facto zarabiacie 0,5% na takiej lokacie bankowej. Podczas gdy te same pieniądze zainwestowane w instalację solarną dają zdecydowanie wyższy zwrot kapitału. Jest tylko jeden minus. To nie jest zwrot, który pojawia się na koncie, tylko są to niższe koszty. Myślę, że wymaga to olbrzymiej komunikacji i edukacji do Polaków. To, że inwestycje mogą generować oszczędności jest nadal dla Polaków niezrozumiałe.

Czyli panele zamiast lokaty bankowej?

Statystycznie dzisiaj 30% budżetu domowego polskiej rodziny to opłaty związane z życiem i energią. Niestety ten koszt będzie rósł. Więc ci z Polaków, którzy potrafią planować na dalej niż 2 lata do przodu, powinni się zastanowić nad tym, jak mogą zatrzymać wzrost kosztów energii, albo ten koszt zniwelować. Moim zdaniem fotowoltaika jest jedną z tych opcji. Nie jedyną drogą, jednak jest prosta i dostępna dla każdego. Przynosi natychmiast efekty, bo już godzinę po podłączeniu można zacząć liczyć oszczędności.

Jak wyglądały koszty instalacji trackerów?

Obszary wiejskie w Polsce są objęte szczególnym programem dofinansowań z Unii Europejskiej. Fundusze wiejskie są dystrybuowane przez lokalne grupy działania, a w moim powiecie taka grupa ustaliła sobie cztery cele. Jednym z nich jest ochrona środowiska wokół Zalewu Zegrzyńskiego. Ponieważ spełniałem warunki konkursu, zasięgnąłem pomocy fachowca, który ze mną usiadł i wspólnie napisaliśmy wniosek. W ten sposób na oba trackery dostałem dofinansowanie. Jednym z warunków otrzymania pieniędzy było przeszkolenie konkretnej liczby osób z tematyki odnawialnych źródeł energii. Dlatego teraz do mojego ogródka, zobaczyć trackery, przyjeżdżają bardzo różni ludzie: lokalni i zagraniczni, młodzi i starsi, osoby z uczelni wyższych, pasjonaci, firmy itd. W uproszeniu: dałem słowo Unii, że pokazowa instalacja będzie służyła edukacji i tak się właśnie dzieje.

Czyli jesteś prawdziwym społecznikiem?

I tak, i nie. Ja myślę o tym wszystkim absolutnie egoistycznie. Gdyby udało mi się bowiem przekonać 10% ludzi w mojej wsi żeby przynajmniej częściowo przełączyli się na fotowoltaikę, albo kolektory, albo podłączyli sobie instalacje gazowe, to oznacza, że o 10% zmniejszy się w okolicy zapylenie. To oznacza, że moje dzieci będą żyły w lepszym, mniej zapylonym środowisku.

Wróćmy do tych kosztów.

Za pierwszy tracker zapłaciłem 80 tys. zł. Ekipa, którą wynająłem stawiała to prawie dwa tygodnie i generalnie do dziś walczę z różnymi poprawkami. Ale takie są koszty jak coś się robi po raz pierwszy. Sama konstrukcja nośna kosztuje ok. 25 tys. zł. Ok. 15 tys. zł kosztuje inwerter i okablowanie. Myślę, że podobną do mojej instalacji dzisiaj dałoby się zrobić za 60 tys. zł. A przy założeniu, że dostaniecie 60% dofinansowania z Unii, taka instalacja kosztuje 20-25 tys. zł. Warto odrobić pracę domową i przed założeniem instalacji dokładnie policzyć ile wydajemy na energię w skali roku. Wtedy będziemy w stanie powiedzieć ile warto zainwestować. Wszyscy lubią mówić, że odnawialna energia jest taka droga, ale problem polega na tym, że nie porównujemy tego do kosztów energii, które ponosimy w skali wielu lat. A są to duże koszty. Poza tym, w domu jednorodzinnym zawsze są trochę wyższe. Tym bardziej jeśli nie ma dostępu do tanich mediów, typu woda miejska czy gaz ziemny.

Jaka jest trwałość systemu trackera?

Niemcy, którzy to produkują dają gwarancję 2 lata. W Czechach i na Słowacji, gdzie trackery cieszyły się bardzo dużym wzięciem 4 lata temu, kiedy weszła tam korzystna dla prosumentów ustawa, do dziś te trackery działają bezobsługowo. W sensie samej budowy tracker jest prosty jak konstrukcja cepa, bo to jest zwykła stal ocynkowana przed rdzą. Potrzebne są dwie przekładnie z silnikiem, które sterują obrotem w poziomie i pochyleniem. I już. Zwykła prosta mechanika. W ziemię jest wbity słup, na którym to wszystko stoi. Komplikacje zaczynają się na poziomie elektryki. Każdy z tych paneli produkuje ok. 43V i to jest mało. Jednak spięte panele razem są wielką siłą. Tracker może być wyposażony w małą stację meteorologiczną i w zależności od pogody zmieniać swoje położenie tak, by zachować bezpieczeństwo instalacji. Na przykład w trakcie silnego wiatru ustawia się poziomo, zmniejszając siły działające na jego powierzchnię. Zaś w przypadku dużych opadów śniegu – pionowo, zrzucając z siebie śnieg.

Słyszeliśmy o Twojej sprawie z PGE, o „kradzieży energii“.

PGE od roku odbiera ode mnie energię bezumownie i nie zapłacili mi za to jeszcze ani złotówki. Licznik, który mi zamontowali, naliczył oddaną do sieci energię jako moje zużycie. W związku z tym wystawili mi za to fakturę. Ja jestem legalistą, więc uregulowałem tę fakturę. A teraz to reklamuję. PGE jest trochę przerażone, bo jestem takim pierwszym przypadkiem i nie wiedzą co z tym zrobić. Właśnie mija pierwsza rocznica uruchomienia moich trackerów w Chotomowie. W ciągu tych 12 miesięcy miałem od nich 8 liczników elektrycznych i wygląda to dość zabawnie – oni pewnie nadal myślą, że ja ten swój prąd skądś kradnę. Jak się dostaje z Unii dotację na niemal 100 tys. zł, to nie po to żeby potem kraść prąd od PGE. Niestety oni widzą to inaczej i jeśli coś się nie zgadza, to pewnie chodzi o kradzież.

Skąd aż tyle wymian liczników?

Ostatnia wymiana licznika był spowodowana prozaiczną sprawą. Była w nim źle ustawiona data. Całą produkcję energii pokazywał w nocy. Instalatorzy powiedzieli, że albo mam nielegalną pieczarkarnię, albo hoduję trawkę. A że liczników nie można przestawić ręcznie na miejscu, to za każdym takim razem muszą go wymieniać a potem jeszcze je programować na miejscu. Ponieważ to jest inteligentny licznik zdalnego odczytu, to trzeba jeszcze do niego zamontować modem. Więc przyjechała znowu ekipa, ale nie miała karty SIM. Po dwóch dniach przyjechali z kartą. Ten modem wyglądał trochę niewyjściowo, jak modem sprzed 15 lat. Napisałem to na swoim profilu FB: Moja elektrownia PV i mam pewność, że PGE go śledzi. Bo po kolejnych dwóch dniach przyjechali znowu i wymienili modem na bardzo nowoczesny, z diodami. Był tak nowoczesny, że ani ja, ani inkasent, który któregoś dnia pojawił się z niewiadomych powodów przy mojej skrzynce, nie potrafił nic z niego odczytać. Zgłosiłem się więc do PGE z prośbą o informację ile energii zużywam i ile oni ode mnie odbierają. Odpowiedź pani, z którą rozmawiałem, była rozbrajająco szczera. Powiedziała, że ona chętnie by mi wszystko udostępniła, ale nie mają jeszcze oprogramowania, które by zbierało te dane. Czyli ten modem pobiera dane, wysyła w eter i nic się z tym nie dzieje. Ani PGE, ani ja nie wiemy ile tej energii produkuję czy konsumuję. To znaczy ja wiem, bo mam to opomiarowane, ale licznik PGE tego nie pokazuje.

W Polsce ceny dla prosumentów nie są sprawiedliwe.

To mało powiedziane. Kiedy ja kupuję energię, to kosztuje mnie 60gr/1kWh. A jak tę samą energię oddaję do sieci, to dostaję niższą cenę, ostatnio PGE zaproponowało mi 12 groszy. Autorzy małego i dużego trójpaku energetycznego otwarcie mówią, że prosumenci nie są od tego, aby zarabiać pieniądze. Jak to ma przekonać kogokolwiek do produkcji własnej energii? Na rachunku od elektrowni naliczane są opłaty za energię czynną, dystrybucję i różne inne pozycje, których niewiele osób rozumie. Ale jak wy im dostarczacie prąd, to oni się nie godzą, żeby naliczać im opłatę dystrybucyjną. A niby dlaczego? W końcu ja, tak samo jak elektrownia, ponoszę koszty utrzymania infrastruktury. Oczywiście ja produkuję nieporównywalnie mniej od PGE i te koszty będą małe, ale nie są zerowe. Ja nie chcę na mojej instalacji zarabiać kokosów. Idealnym rozwiązaniem jest net-metering, czyli najprostsze z możliwych wyjście. Dogadanie się z PGE na temat warunków sprzedaży energii pochłania kilka razy więcej czasu od przekonania Unii, że warto było dać mi dofinansowanie.

PGE, czy każda inna firma, ma chyba obowiązek odbioru energii od prosumenta?

Owszem, ale to dotyczy tylko teorii, że muszą. Natomiast podstawą do odebrania energii jest umowa handlowa. I tam PGE proponuje, że zapłaci 12 gr za kWh. Byłem na negocjacjach z dyrektorem handlowym tej firmy. Sam byłem kiedyś na podobnym stanowisku i wiem, że to jest człowiek jak każdy inny. Więc wlazłem mu do gabinetu i mówię:

–       „Panie, jak żeś se Pan wymyślił te 12 gr?“

On mówi, że to taka ich propozycja.

–       „Ale jak Pan kupuje energię, to płaci Pan 12 gr?“

–       „No nie, płacę więcej.“

–       „To ja chciałbym więcej. Jest coś takiego jak towarowa giełda energii. Zobaczmy sobie jakie były notowania z wczoraj i weźmy cenę rynkową.“

–       „Wie Pan, ale tak to ja nie mogę, bo ja mam uchwałę od Zarządu, która mnie zobowiązuje do zawierania umów tylko w takiej wysokości.“

–       „Ale czy Pan to rozumie, że to jest umowa dwustronna?“

–       „Nie ma problemu. Jak Pan nie chce, nie musimy jej podpisywać.“

No. To i nie podpisałem.

W ten sposób bezumownie odbierają ode mnie energię od roku. A przecież ja nie chcę na tym zarabiać, tylko oszczędzać własne koszty. Gdyby to był net-metering, wstawiliby zwykły licznik, który w lecie kręciłby się w jedną stronę, pokazując nadwyżkę. Ja nic bym od nich nie chciał. A zimą bym sobie tę nadwyżkę po prostu odbierał, bo licznik kręciłby się w drugą stronę.

Powiedzcie mi, jaki to wszystko ma sens? I komu przeszkadzają prosumenci?

 

 

Jak to wyglądało na Woodstocku możecie obejrzeć na filmie Greenpeace:

 

————————–

Zdjęcie tytułowe należy do Marcina Mizgalskiego i przedstawia trackery w Jego ogrodzie w Chotomowie.