Rozwiązania rynkowe i rządowe regulacje nie muszą stać w opozycji. Tylko pakiet różnorodnych rozwiązań przybliży nas do sukcesu. Istnieją dwa rodzaje pomysłów na ograniczanie emisji.

1) podejście rynkowe – nałożenie ceny na emisje, co ma wymusić zmianę zachowań u producentów i konsumentów (tutaj mamy systemy handlu emisjami i podatek emisyjny)

2) przepisy prawne – to rząd ustala, w jaki sposób mają być osiągnięte redukcje emisji (np. ustanawiając standardy efektywności energetycznej lub narzucając na wytwórców energii obowiązek zakupu odnawialnych certyfikatów)

Z doświadczeń wielu państw, które już podjęły działania na rzecz ochrony klimatu, wynika, że konieczne jest jedno i drugie – zestaw zróżnicowanych narzędzi, które będą się wzajemnie uzupełniać.

Do czego zmierzamy?

By ograniczyć emisje potrzebujemy zachęcić społeczeństwo do wybierania energooszczędnych rozwiązań. Tak muszą postąpić przedsiębiorcy i managerowie, tworząc modele biznesowe. Tak muszą postąpić konsumenci, wybierając sprzęt AGD, czy środek transportu.

Jak ich do tego zachęcić? Należy nałożyć odpowiednią cenę na emisję gazów cieplarnianych, która sprawi, że małe emisje zaczną się opłacać. Można to zrobić albo poprzez opodatkowanie, albo system handlu emisjami (który w wielu krajach jest bardziej nośny politycznie).

Odpowiednia wycena CO2 jest więc konieczna. Co więcej brzmi spójnie i logicznie. A mimo to nie wystarcza, a to z uwagi na dobrze znany mechanizm niedoskonałości rynku.

Przyjrzyjmy się inwestycjom w efektywność energetyczną, które są najbardziej żywotnym przykładem takiej niedoskonałości. Teoretycznie to złota żyła – ocieplenie budynku, czy wymiana sprzętu na energooszczędny zwraca się po kilku latach, bo przychodzą niższe rachunki za prąd i ogrzewanie. Co jednak począć z mieszkaniami na wynajem, albo z deweloperami? Ani właściciel mieszkania na wynajem, ani deweloper nie ma żadnego powodu, by budować, czy wyposażać mieszkanie w niskoenergetycznym standardzie (no, chyba że współpracuje z portalem dla klimatu…). Przecież to nie on płaci rachunki. Najemca natomiast mógłby wymienić okna w nieswoim mieszkaniu na podwójnie szklone, tylko po co? Nie będzie tam mieszkał na tyle długo, by odbić sobie tą inwestycję w rachunkach za ogrzewanie.
Litanię niedoskonałości rynku możemy kontynuować.

Co począć, jeśli konsumenci oczekują, że ich nowe, energooszczędne produkty (np. niskoemisyjne samochody czy świetlówki energooszczędne) będą zwracać się szybciej, niż tradycyjne produkty?

Co z częstą w Polsce sytuacją, kiedy i konsumentom i przedsiębiorcom brakuje rzetelnej informacji, mimo że wykazują dobre chęci?

Co zrobić, kiedy tylko współpraca całego sektora pozwoli ustalić nowe, ambitne standardy, które wyzwolą potencjał innowacyjny i rozruszają niskoemisyjne inwestycje?

I tutaj, by zniwelować niedoskonałości, wkraczają regulacje. Mamy już przykłady takich ustaw i rozporządzeń, które okazały się skuteczne.

Odnawialne źródła energii rozwijają się lepiej dzięki obowiązkowi zakupu energii odnawialnej przez dużych producentów energii (zielone certyfikaty w Polsce) lub systemowi feed-in tariff (Niemcy). Skoro się rozwijają, to tanieją i wkrótce zerwą się z państwowej pępowiny (energetyka wiatrowa już teraz w niektórych miejscach jest konkurencyjna wobec węglowej).

Standardy efektywności energetycznej dla sprzętu elektronicznego (np. japoński Top-Runner) przyniosły imponujący postęp technologiczny. Podobnie skuteczne są –
nienajgorsze tu i ówdzie – standardy w budownictwie, motoryzacji, czy planowaniu przestrzennym.

Rząd subsydiuje polski węgiel w postaci pomocy publicznej dla spółek wydobywczych. Sugeruję uprzejmie: a może lepiej przeznaczyć te subsydia na energię przyszłości (OZE) zamiast energię schyłkową (węgiel)?

Podstawowe przesłanie jest następujące: nie istnieje jedno, wszechogarniające rozwiązanie. Obok niezbędnego sygnału cenowego (prawidłowo oszacowany koszt emisji) konieczne są regulacje, które będą korygować rozpowszechnione niedoskonałości rynku.


Zdjęcie: flickr.