To prawda, najsłynniejsze pomiary pokazujące wzrost stężenia CO2 wykonuje się na szczycie Mauna Loa – aktywnego, największego na świecie wulkanu. Naukowcy nie są jednak naiwni i ten oczywisty fakt został uwzględniony w pomiarach. Charles Keeling, który rozpoczął pomiary stężenia CO2 na hawajskim Mauna Loa, znakomicie wiedział, że stoi na szczycie aktywnego wulkanu. Dlatego też użył wielu subtelnych wskaźników (takich jak kierunek wiatru), by zapewnić, że wyniki pomiarów nie zostaną „zanieczyszczone” przez emisję gazów z wulkanu. Swoją drogą, zadanie jest skomplikowane – zdarzyć się może, że CO2 wyplute przez wulkan odpłynie w siną dal ze sprzyjającym wiatrem, by wrócić jak zły szeląg po dłuższym czasie, kiedy wiatr zmieni kierunek.

Nie ulega wątpliwości, że naukowcy czasem się mylą, trudno jednak zakładać, że popełniają tak podstawowe błędy.

Szybki rzut oka na zapis z Mauna Loa dowodzi, jak trudno doszukiwać się w tych pomiarach jakiegokolwiek wpływu wulkanów. Ilustruje on stabilny, regularny wzrost stężenia CO2, odzwierciedlający różnice sezonowe (stężenie CO2 jest najwyższe wiosną, a najniższe jesienią). Żadnych uskoków, żadnych gwałtownych zwyżek, jakich moglibyśmy oczekiwać w związku z erupcją wulkanu.

CDIAC (Carbon Dioxide Information Analysis Center) przy Departamencie Energii USA.

Są przecież inne miejsca

Oprócz Mauna Loa istnieją dziesiątki stacji pomiarowych, rozsypanych po całym globie, min. stacja na Antarktydzie, odległa od „epicentrów” emisji CO2, czyli miast z ich z wszechobecnymi SUV-ami, fabryk cementu i aktywnych wulkanów. Pomiary tej stacji pokazują taki sam wzrost stężenia CO2, aczkolwiek stężenia na półkuli południowej pozostają kilka lat w tyle za stężeniami północy, gdzie znajdują się główne źródła emisji.

Wyniki pomiarów 9 innych stacji, dostępne na stronie CDIAC, również pokazują niezachwiany wzrost stężenia CO2.

To chyba jednak my, nie wulkany.

Na pierwszym zdjęciu: wulkan Mauna Loa (fot: wikimedia)