Dzień ósmy. Trasa na Stare Kolnie.
Liczenie kilometrów powoli traci sens. Codziennie robimy od 70 do 80km. Każdego ranka pada pytanie o długość trasy, ale jaka by nie była odpowiedź, kończy się stwierdzeniem „plus minus 18km”. Miękkie łóżko zaowocowało lekkim bólem pleców. Wyjazd z Wrocławia jest bardzo przyjemny. Nie ma deszczu, ani upału. Droga jest prosta i płaska. Nabieramy dobrego tempa, 23-25km/h. Tym razem drugie śniadanie robimy na polnej drodze wśród łąk. Szybkie kanapki, sałatka i arbuz. Potrafimy przygotować posiłek w każdych warunkach. W dalszej drodze utrzymujemy to samo tempo. Zapominamy skręcić w jednej z ostatnich wiosek przed docelową. Jedziemy trochę na około, ale bez dodatkowych kilometrów pewnie czulibyśmy się za mało zmęczeni. Rozbijamy namioty na terenie gospodarstwa agroturystycznego. Jest tam chyba wszystko. Stare maszyny rolnicze, przerdzewiałe rowery, zabytki motoryzacji. Są kozy, których, jak się okazuje nie umiemy wydoić. Jest ognisko i czyste niebo nocą. Pod prysznicem lekko kopie prąd, ale co to dla nas. Rano odjeżdżamy naelektryzowani nową energią.

rajd2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień dziewiąty. Trasa nad Jezioro Turawskie.
Piękna pogoda. Zaplanowane 46km. Zmieniamy lekko trasę na niemal 70km, Wszystko żeby jechać szlakami leśnymi przez park krajobrazowy. Szybko dojeżdżamy na postój z drugim śniadaniem. Tablica informacyjna Nadleśnictwa Kup robi na nas niezłe wrażenie. Kilka zdjęć i skręcamy na boisko, gdzie czeka bus. Czekając na zagrzanie się wody do kawy po posiłku, kilka osób zasypia. Po jakimś czasie ruszamy trochę szlakiem przez las, a trochę bocznymi drogami. Widać już jezioro. Teraz szukamy naszego ośrodka. Wjeżdżamy na wał ochronny wokół zbiornika i nim poruszamy się dalej. Nie jesteśmy pewni, w którą stronę jechać, ale prowadzi nas chyba intuicja. Po skręcie w las zaczepiamy rowerzystę. Mówi, że nasz ośrodek jest po drugiej stronie jeziora. Trochę byłoby szkoda się wracać, ale nawet jesteśmy na to przygotowani. Na szczęście po chwili rozmowy, a może przekonywania, rowerzysta stwierdza, że chyba się pomylił i mamy jednak jechać dalej prosto. Za kilka dni okaże się, że „jedź prosto” to uniwersalna metoda na każdą zgubioną drogę. Mijamy kilka małych ośrodków wypoczynkowych i w końcu dojeżdżamy do naszego. Środek lasu i niczego, blisko jeziora. Główna zaleta – łazienka z ciepłą wodą i pokój do naszej dyspozycji. Kotlety sojowe w sosie smakują nawet mięsożercom.

Dzień dziesiąty. Trasa na Nakło Chechło.
Do pokonania niecałe 80km. Dziś żadnych polnych, ani leśnych ścieżek. Całą trasę robimy na utwardzonej nawierzchni. Zostałam fanką asfaltu. Górki tylko przed miejscem postoju na drugie śniadanie (Wielowieś). To akurat niezbyt szczęśliwie, bo głód nie pomaga w podjazdach. Utrzymujemy dobrą prędkość całą drogę, ponad 20km/h. Wcześniej robimy tylko jeden krótki przystanek na uzupełnienie płynów. Zero rozmów. Jedziemy gęsiego, nie wiedząc, że mimo prostej trasy czekają nas zakwasy. Im trasa bardziej płaska i bezproblemowa, tym większe zmęczenie ze względu na prędkość. Główną atrakcją był moment, w którym osoba jadąca pół metra przede mną odskoczyła na lewo, odsłaniając jadący kilka razy wolniej rower z babcią. To cud, że wszystkim udało się ją ominąć. Odkąd któregoś dnia zaopatrzeniowiec kupił słodkie mleczka, pragnienie cukru nas nie opuszczało. Mleczka w tubce i czekolady muszą być. Po drugim śniadaniu ciężko ruszyć. Tarnowskie Góry okazują się nie tak daleko. Zaczyna padać, właściwie lać, więc zatrzymujemy się pod wiata sklepową i czekamy tam jakieś 20 minut. Krem z filtrem spływa po rękach. I tak już dzisiaj nie będzie potrzebny. Jeszcze około pół godziny względnego błądzenia po lesie i docieramy na kemping.

Dzień jedenasty. Trasa na Podzamcze.
Dalej jest pochmurno, ale przynajmniej rano nie pada. Po wymianie jednej dętki ruszamy. Przypadkowo łapię pokaźnie wyglądający rower jednego z chłopaków i nie mogę uwierzyć jakie to lekkie. Dziewczyny jadą na starych rowerach z ledwie kilkoma przerzutkami, a chłopaki mają pod sobą kilka kilogramów mniej, a i tak czasem im ciężko. Mieliśmy przygotowaną na ten dzień prostą trasę, jednak skusił nas zielony szlak rowerowy. Miał prowadzić lasem. Miało być ładnie i przyjemnie. Prowadził donikąd. Ze cztery razy! Raz zaprowadził nas do jeziora, a raz na budowę autostrady. Kto by pomyślał, że można być złym z powodu budowy dróg w Polsce. Nie jedźcie tą drogą! Częściowo musieliśmy zrezygnować ze szlaku, a potem jeszcze nadrobić parę kilometrów. Do miejsca drugiego śniadania (Siewierz) było zaledwie 30km, ale przez perypetie ze szlakiem, dojechaliśmy naprawdę późno. Tym razem bus czekał na nas kilka godzin. Oczywiście po drodze zaczęło padać, a górek było sporo. To nie był dobry dzień. Zamiast śniadania był obiad. Bardzo długo się zbieraliśmy. Rozpogodziło się, a reszta drogi przebiegła w miarę sprawnie. W Podzamczu z naszego pola namiotowego było widać zamek. Do użytku dostaliśmy przyczepę kempingową z „toaleto-prysznicem”. Nie polecamy osobom powyżej 180cm wzrostu.

Dzień dwunasty. Trasa na Ojcowski Park Narodowy.
Upał. Przed nami sporo górek i zakrętów. Znów zmieniamy trasę, tym razem na Szlak Orlich Gniazd. Okazuje się trudny, czasem za trudny. Błoto i kamienie skutecznie nas spowalniają. Jedziemy 8km/h, zapasy w żołądku się kończą, a bus nie jest w stanie wjechać tak głęboko w las. Tylko widoki w Parku są jakimś wynagrodzeniem. W końcu dojeżdżamy do Pieskowej Skały. Górki się nie kończą, za to dętki się skończyły na trasie. Prowizoryczne klejenie kół weszło nam w krew. Dziś użytkowniczka roweru marki Romet pobiła wszelkie rekordy w podjazdach pod górki. Teraz starczyło dojechać do Doliny Będkowskiej. Tym razem rowerem okazało się łatwiej niż busem. Kierując się znakiem na Dolinę, załoga busa skręciła na kamienistą, wąską drogę. Zapytany przechodzień nie wspomniał słowem o tym, że droga nie nadaje się dla tak dużych aut. Na początku martwiłyśmy się zwężającą się nawierzchnią. Potem brakiem przyczepności. Potem tym, że bus łapał poślizg na kamieniach. W międzyczasie zwróciłyśmy uwagę na olbrzymie i strome zbocze po lewej stronie busa. Ale najgorsze były „czarcie wrota” – wąski skalisty przesmyk, którym bus przejechał dosłownie na centymetry. Aśka okazała się wyśmienitym kierowcą. W Dolinie raj dla wspinaczy. Pole namiotowe u podnóża wielkiej skały. Ostatni nocleg przed Krakowem.

Dzień trzynasty. Droga na Kraków.
Zaplanowane niecałe 30km. Nie było sposobu żeby zrobić więcej. Po drodze ujawnił się niepowtarzalny talent do zbierana błota na twarz w krótkim czasie. Brak błotników u niektórych rajdowiczów przysparzał nam atrakcji. Po obiedzie w Krakowie, reprezentacja Neonawyków wzięła udział w krakowskiej masie krytycznej. Nasza konstrukcja zainteresowała wszystkich na Rynku Głównym. Półtorej godziny jazdy po mieście nawet nas trochę zmęczyło.

Relacja fotograficzna jest dostępna na flickrze Polskiej Zielonej Sieci.