Mózgi polityków programowane są od wyborów do wyborów. Pytają: „co ja z tego będę miał?” i „co z tego będzie miał mój wyborca?”. Odpowiem: przestanie dusić się w smogu. Brzmi nieźle, prawda?

Szczytne cele rzadko kiedy przedzierają się do pragmatycznych mózgów polityków. Co więcej, polityka klimatyczna jest wrażliwa jest na medialne burze. Nawet burze w szklance wody (takie jak niewielkie błędy w liczących tysiące stron raportach IPCC) podważają zaufanie społeczne do działań dla klimatu. A politycy przecież uważnie wsłuchują się w społeczne nastroje.

Przed nami trudne zadanie. Konieczne jest odwęglenie gospodarki (czyli zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych związanych z produkcją energii, transportem i wytwarzaniem dóbr). Czasu dużo nie ma – analitycy twierdzą, że potrzebujemy przełomu na miarę rewolucji przemysłowej, tyle że dokonanego trzy razy szybciej.

Ale po co? Wachlarz powodów jest na tyle szeroki, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jeżeli nie zmiany klimatu, to zabezpieczenie dostaw energii (choćby dlatego, że wyczerpuje się ropa). Jeżeli nie bezpieczeństwo energetyczne, to lepsza jakość powietrza i zdrowsze społeczeństwo.

Ale jak? Zmiany tej dokonać musimy w określonej rzeczywistości politycznej, nie wolnej od kompromisów i sprzecznych interesów. Nie przystosowanej do tworzenia wieloletnich strategii rozwoju. Politycy rozliczani są z tego, co było wczoraj, a wybierani na podstawie obietnic na jutro, nie na kolejne dziesięciolecia.

Stwórzmy receptę na „łatwy” polityczny kąsek. Marchewka dla naszych polityków powinna być:

  • politycznie atrakcyjna – mniejsze, ale widoczne kroki, które przynoszą szybki, widoczny efekt i które politycy mogą zapisać na listę sukcesów;
  • pragmatyczna i konkretna (działania, które łatwo zmierzyć);
  • i, co oczywiste, wsparte dobrą komunikacją, bo każda ambitna zmiana wymaga społecznego poparcia.

Taki polityczny kąsek wisi za moim oknem. To smog. Ograniczenie smogu przełoży się na komfort oddychania i mniejszą podatność na choroby cywilizacyjne. Źródłem zanieczyszczeń w miastach są w dużym stopniu stare piece na węgiel (często opalane śmieciami) oraz samochody z silnikiem benzynowym i diesla.

Mamy już winowajców. Czego potrzebujemy? Musimy podłączyć węglożerne domki i kamienice do sieci ciepłowniczej i wymienić piece na sprawne i czystsze (np. gazowe). Potrzebujemy zachęcić Kowalskiego do montażu kolektorów słonecznych, do przesiadki na transport publiczny lub zakupu „czystszego” samochodu (elektrycznego, hybrydowego, ew. na LPG).

Rezultat? Powietrze, którym da się oddychać, a jednocześnie mniejsze emisje gazów cieplarnianych i sadzy, odpowiedzialnych za rozchwianie systemu klimatycznego (badania wskazują, że sadza może być drugim najważniejszych czynnikiem powodującym ocieplenie).

I tak ochrona klimatu przestaje być sprawą polarnych misiów, a staje się bliska, nasza i konieczna. Kto nie chciałby stanąć na głównym skrzyżowaniu i zdrowo, bezpiecznie odetchnąć pełną piersią?

No to jak, chronimy ten klimat?

Zdjęcie: wikimedia