Wciąż powraca wątpliwość, czy klimatolodzy są zgodni co do przyczyny obecnego ocieplenia. Internauci pieklą się na forach, węsząc wielki klimatyczny spisek. Warto jednak ufać większości. Dlaczego? Bo to praktyczne. Dlaczego takie tłumy internautów i naukowców nie-klimatologów wypowiadają się na temat o którym nie mają pojęcia – chwytając się pojedynczych informacji, wykresów wyrwanych z kontekstu i dawno obalonych argumentów sceptycznych? Pewnie z przekory (internauci). Pewnie dla rozgłosu (naukowcy).

Istnieje też przyczyna czysto psychologiczna – pewnie bronią się przed zmianą. Ta zmiana może boleć. Ograniczanie gazów cieplarnianych niesie przecież za sobą rewolucję energetyczną. Wielki wysiłek, który pomoże nam odejść od wyczerpujących się paliw kopalnych (ropy i gazu) na rzecz czystszych źródeł odnawialnych, opartych na słońcu, wietrze i biomasie. Zanim na amen zgaśnie światło (co wcale nie jest takie nierealne, zważywszy na rosnący popyt na ropę i węgiel ze strony Chin).

Ograniczanie gazów cieplarnianych to również pytanie o granice rozwoju, o granice konsumpcji. Trudne pytanie, zważywszy, jak wielu Polaków marzy o SUV-ie…

Skąd taki sceptyczny ruch na forach? Niewątpliwie niektórych przytłacza nadmiar sprzecznej informacji, a Internet daje nam wolność wypowiedzi. W internetowym chaosie trudno odróżnić klimatyczne ziarno od plew. Nauka i pseudonauka brzmią równie wiarygodnie.
Otóż ja nie czuję się na siłach samodzielnie wytyczać ścieżki w zakresie zmian klimatu…
I niewielu z nas jest w stanie to zrobić.

Oto moja prywatna recepta na internetowy chaos informacyjny: nie buksuję jałowo w argumentacji naukowej. Badam jakość stanowienia tej nauki (do czego jest zdolny – i uprawniony – każdy przeciętny obywatel). Jak na razie – klimatologia broni się nieźle, o czym można poczytać tutaj i tutaj.

To znacznie bardziej praktyczne, niż wkraczanie na obce sobie terytorium nauk o klimacie. Ekonomiści, księgowi, kierowcy autobusów – naprawdę chcecie poprawiać klimatologów?

Fot: flickr.